bloguj

księga gości


2011
grudzień
listopad
sierpień
lipiec
styczeń
2010
listopad
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
sierpień
maj
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty



Codziennik: Oleńka pracowicie bloguje...

a było to... 2011-12-30 02:12:47
16 lat...
i muszę stwierdzić, że całkiem Ją lubię ostatnio ;) Zapisuję dla pamięci. 
skomentuj (0)

a było to... 2011-11-22 10:27:28
Nikt mnie nie rozumie
Problem z ludźmi polega na tym, że zazdroszczą/podziwiają/użalają się wtedy gdy tobie się zdaje że "nic takiego" się nie dzieje lub nie zrobiłaś. A kiedy masz kryzys i potrzebujesz wsparcia psychicznego to w najlepszym razie usłyszysz "no cóż, sama tego chciałaś". Chcę odpocząć.
skomentuj (1)

a było to... 2011-08-08 10:58:01
A propos niczego
tak mi się przypomniało, a za długie na blipa. Kiedyś miałam papeterię z cytatami z Wyspiańskiego. Czy ma ktoś może pomysł do kogo miałabym napisać list (zakładając że do tej osoby chciałoby mi się pisać list ręcznie) opatrzony poniższym cytatem:
„Wina ojca idzie w syna;
niegodnych synowie niegodni;
ten przeklina, ów przeklina –
ród pamięta, brat pamięta,
kto te pozakładał pęta
i że ręka, co przeklęta,
była swoja”
Bo ja nie dałam rady wymyślić i w końcu tę kartkę wyrzuciłam albo zgubiłam...

skomentuj (0)

a było to... 2011-07-28 22:43:28
Młoda jedzie
na krótkie wakacje z Babcią. Znowu mam na ten czas mnóstwo planów, co-to-ja-nie-zrobię-gdy-jej-nie-będzie. Odmaluję przedpokój, posprzątam w komandorze, zarobię na resztę wakacji (oraz spłatę długów) i absolutnie codziennie będę chodzić na dłuuugie spacery albo jeździć rowerem i zrobię mapę lasu ucząc się zarazem geodezji na poprawkę. Tak... tym razem nie udało się wszystkiego zaliczyć w sesji, na wrzesień została mi cholerna geodezja, już ten żałosny fakt przypłaciłam długim dołem. Ogólnie mam dość studiów, przesadziłam, nie dają mi radości tylko uczucie ciągłego zmęczenia a ostatnio wręcz wyczerpania. Wiem, powinnam sprawdzić tarczycę. Oraz zadbać o resztę zdrowotności fizycznej i psychicznej. I mam to gdzieś.
A prawda jak zwykle jest taka że jeśli zrobię z tego chociaż 1/10 to i tak będzie super. Ciekawe czy pogoda się raczy poprawić, bo ta obecna nie usprawiedliwia nawet niejedzenia deprimu (przy deprimie trzeba uważać na słońce które ponoć szkodzi). Jakby było słońce to bym mogła sobie leżeć i udawać że się opalam, prawda?

skomentuj (0)

a było to... 2011-01-28 18:15:21
Disesja
Urodzinotkę tym razem pominęłam, ponieważ nie chciało mi się opisywać tradycyjnego urodzinowego doła. Za to jest namiastka, albo może lepiej - szkic notki na onych. 
Wróćmyż więc do szkolnych spraw, bo o nich najłatwiej. Dwie sesje jednocześnie to męcząca sprawa, cóż za niespodzianka. Od tygodnia wstaję codziennie z nadzieją że nie pominęłam jakiegoś egzaminu albo zaliczenia. Przecież nie wszystko chce się zapisywać w kalendarzu. Jeszcze po kilka pustych miejsc w obu indeksach można znaleźć, przy czym jeśli chodzi o mechatronikę, to jest to względny luz psychiczny, bo albo oczekujące zaliczenia są łatwe, albo jest to poprawianie na wyższą ocenę po zdanej zerówce. Gorzej z inżynierią a konkretnie z jutrzejszą hydrologią, zaś za tydzień wytrzymałością materiałów, których jak na razie nie umiem ani trochę i właśnie marnuję czas, który miałam poświęcić na ich naukę. I tak dobrze że nie gram w żadną durną fejzbuczankę tak jak przed zeszłoroczną matematyką, co mi się zresztą właśnie za chwilę czkawką odbije, bo w przyszłym semestrze nie będę mogła sobie matematyki przepisać. No chyba żeby się dało trochę naciągnąć, czego jednakowoż robić właśnie nie mam ochoty. Nic to, idę się pouczyć skoro nawet mam książkę ;)
Dziecko moje również powinno studiować a nie uczyć się w banalnym gimnazjum. Średnia na półrocze: P (pewnie jedna z najgorszych w klasie) a wyniki próbnego egzaminu gimnazjalnego - 40-45/50, najlepsze lub prawie najlepsze w klasie. Kto by się tam uczył systematycznie, wykazywać to się należy na egzaminie, prawda. Zaczyna ferie i niestety nie ma nic ciekawego na nie zaplanowanego, bo tradycyjnie brak pieniędzy. Szkoda. 
Ja też pewnie będę musiała sobie odpuścić wyjazd na obóz koła naukowego, chyba że przez najbliższy miesiąc odłożę 6 stów poza bieżącymi wydatkami. Jakoś zbyt rzadko się taka sytuacja trafia, abym na nią mogła liczyć. A szkoda wielka, bo uczestnicy mogą w czasie tego obozu brać udział w szkoleniu i zdobyć zaawansowany certyfikat z SolidWorks, na którym mi nawet całkiem zależy. 
Kuratorka w tym miesiącu została spuszczona na drzewo bo chciała przyjść w czasie konferencji CNS (to ci od SolidWorks właśnie), w której koniecznie uczestniczyłam i nawet wystawialiśmy nasz jak na razie niezbyt mobilny pojazd (ale już niebawem nadamy mu wektor, to pewne, tylko sesja stanęła na przeszkodzie). Spotkałam się z nią w kawiarni zatem - w przerwie konferencji - no i temu mój pokój wygląda jak wygląda. Nie chcecie wiedzieć jak. Nawet urodzin nie zrobiłam w domu, tylko świętowałam (o ile można tak to określić) eksternistycznie. Dobrze, wracam do hydrologii.


skomentuj (0)

a było to... 2011-01-14 19:42:37
Usunęłam
poprzednią notkę, bo nieaktualna. Co oczywiście cieszy :D
skomentuj (0)

a było to... 2010-11-25 19:55:47
Przebłyski
Na kole naukowym jest pięć albo sześć projektów. Będziemy robić wyścigi robotowych samochodzików (muszą autonomicznie podejmować decyzje, żadnego zdalnego sterowania), przeprogramowywać istniejące roboty zaplanowane do określonych zadań (trzeba im umożliwić nowe zastosowania), tworzyć instrumenty muzyczne które się same stroją (strunowe) albo wręcz same grają (perkusja), budować modele pneumatyczne do wykorzystania na taśmie produkcyjnej, projektować w programie solidworks elementy z różnych tworzyw - do wykonania przez frezarkę i tokarkę, i oczywiście zdawać certyfikat ze wspomnianego solidworksa. Wszystkie, dosłownie wszystkie, są tak atrakcyjne, że mam syndrom osiołka któremu w żłoby dano. Ale... tylko przez chwilę. Za chwilę machnę ręką i spytam po kiego się męczyć, skoro można leżeć i oglądać demotywatory. 
Nie dostałam stypendium, co jest nieco dołujące. Oczywiście warto by się o  nie postarać na przyszły rok. Możliwości jest mnóstwo, na dziś widzę że z żadnego przedmiotu nie mam problemów, wiem że mogłabym mieć średnią 5,0. Gdyby nie... oczywiście lenistwo i zniechęcenie które za chwilę przyjdzie i nie pozwoli mi nawet zajrzeć do zeszytu przed kolokwium.
Gdy dostaję nowe zadania pracowe to mam radochę - że nie będę się nudzić, że znów się czegoś nauczę, że tym razem zrobię to całkiem samodzielnie i będę z siebie dumna i jeszcze w dodatku mi za to zapłacą! Rzecz jasna trwa to tylko do momentu zabrania się do roboty. A raczej do pierwszej decyzji zabrania się do roboty. Do chwili faktycznego rozpoczęcia pracy mija jeszcze zawsze parę godzin, dni... aż zaczną popędzać, wtedy z rozżaleniem i przeogromnym zmęczeniem powoli i bez energii wykonuję pracę, zawsze po linii najmniejszego oporu naturalnie. 
Nienawidzę tego w sobie. I ni cholery nie mam koncepcji jak to zmienić. Skąd wziąć energię a co dopiero wytrwałość w dążeniu do celu? Jakiegokolwiek... 
Od miesiąca nie mam leków. Oczywiście to pogłębia ten stan beznadziei, ale z drugiej strony przecież one i tak niewiele pomagają...

skomentuj (0)

a było to... 2010-09-18 21:13:36
Internat
Nie cierpię być niewyspana, wiecie? Zawsze mi zimno i boli mnie głowa. Oraz nie mogę się na niczym skoncentrować. Na szczęście bezsenność jakoś mnie omija, a przez durną pokrzywkę śpię nawet więcej niż trzeba bo łykam mocno nasenny amertil. Nocne marki to nie dla mnie, zdecydowanie. Więc jeśli ostatnio znoszę uczucie niewyspania i wszelkie związane z nim szykany, to wyłącznie dla serialu, którego czwarty sezon AXN nadaje w dni powszednie o dzikiej porze około północy, przy czym odcinek trwa półtorej godziny. Chciałabym się nauczyć hiszpańskiego żeby móc go obejrzeć w oryginale. Na razie umiem tylko jedno pytanie: ¿Qué pasó? (co się stało?) :)
Co mnie w nim urzekło? Mnogość wątków, przy czym jedne z nich są miłosne, inne thrillerowe a jeszcze inne komediowe. I wszechobecna tajemnica. Każdy dosłownie ma tam swój mroczny sekret i wychodzą one na jaw jakby niezależnie od głównej fabuły. Postacie nie są ani trochę czarno-białe, z nieopatrznie przeczytanych spojlerów wynika że osoby najmniej podejrzane okażą się na końcu zdrajcami i złoczyńcami a jedna ze "złych" ma w przyszłości się nawrócić na dobrą stronę. W każdym odcinku tyle się dzieje, że mam problem ze streszczeniem komuś kto nie mógł oglądać. Może wrócę do starej dobrej tradycji i napiszę streszczenia wszystkich odcinków bo jakoś nie mogę ich znaleźć w necie:)
skomentuj (1)

a było to... 2010-07-16 21:45:39
Złożyłam
wszystkie papiery na dzienną mechatronikę, co oznacza że mnie przyjmą (dokumenty składa się dopiero po uzyskaniu wstępnej kwalifikacji). Liczy się wytrwałość, no nie? Wybrałam dzienne, bo dwóch zaocznych jednak bym nie uciągnęła, na pewno by się okazało że weekendy się pokrywają. Natomiast czasu mi ostatnio przecieka przez palce cała masa, więc na pewno zostanie dużo lepiej wykorzystany na wykładach i ćwiczeniach. Zresztą to znana prawda że im więcej zajęć tym lepsza organizacja. Na to liczę ;) 
Na inżynierii mam już zaliczony pierwszy rok, żadnych kampanii wrześniowych, a może nawet dostanę stypendium za wyniki w nauce:) Nie są te wyniki rewelacyjne, bo sobie głupio odpuściłam matematykę i średnia mi wyszła poniżej czterech. Ale dla tego kierunku podobno średnia od której jest stypendium wynosi 3,85 a i tak niewiele osób ją osiąga. 
Ada pójdzie od września do trzeciej klasy gimnazjum integracyjnego. Będzie jeździć przez pół miasta, i ciekawe jak wyjdzie z frekwencją. W tym roku na tle kolegów pozytywnie się wyróżniała, ale to była szkoła dla dzieci, co do których wszyscy są szczęśliwi, gdy w ogóle się pojawią na zajęciach. Drugą klasę zaliczyła oczywiście bez kłopotu, a zagrożenia (z trzech przedmiotów!), które się pojawiły na ostatniej wywiadówce miały służyć tylko temu aby się wzięła w końcu do roboty. 
Tata Ady dostał maila od mojej mamy z pytaniem na kiedy planuje zabrać Adę na wakacje, bo ona się dostosuje. Po długim namyśle odparł. że w sierpniu. Ciekawe ile wymówek wynalazł zanim się jednak zdecydował udawać dobrego ojca. No i ciekawe czy faktycznie COKOLWIEK w tym sierpniu Młodej zorganizuje. Na razie mama wzięła wnuczkę nad morze (miały jechać w góry ale mamie jeszcze nie wolno nadwerężać nogi po złamaniu) a mi zostawiła sporo roboty, co mi oczywiście bardzo odpowiada. :)
Poza tym bez zmian, biorę antydepresanty, robię co mi dadzą do roboty, kuratorka mnie wizytuje a ja ją olewam, finansowo jestem wciąż w dole ale coraz mniejszym oczywiście.

skomentuj (7)

a było to... 2010-06-13 21:46:53
Marud
Moja podłoga ogłasza niepodległość i chce wyjechać z miasta. Dlaczego? Bo Ada wczoraj zostawiła otwarty kran a zakorkowaną umywalkę. A jak to zauważyła to nie raczyła wszystkiego wytrzeć od razu tylko zostawiła na kilka godzin i poszła na obiad. Oczywiście na wymianę podłogi mam o, tyyyyyle odłożonej kasy. Chyba po prostu wyjmę niektóre kawałki mozaiki tam gdzie już wybuchła, a będziemy chodzić po takiej uginającej się pod nogami tam gdzie nie miała aż tyle sił. A może ktoś ma jakiś lepsze rozwiązanie na wieczną tymczasową prowizorkę? U sąsiadów z dołu jeszcze nie byłam, nie mam odwagi cywilnej :/ Ubezpieczenie? Jakie ubezpieczenie :( Takie głupstwa jak zjedzenie na jedno posiedzenie litra lodów z zamrażarki "bo mi się nudziło" albo wyjście na spacer bez komórki i powrót o drugiej w nocy (była w kinie i wracała pieszo bo już nic nie jeździło) nie budzą pewnie niczyjego zdziwienia? Albo telefon ze szkoły, że wypadła z okna (okazało się, że przez nie wyszła i spadła, bo przeszła po stołach do okna kiedy  jej ksiądz nie pozwolił na religii siedzieć przy komputerze) i siedem godzin spędzone w szpitalu na sprawdzaniu czy aby na pewno sobie niczego nie uszkodziła. Mam ochotę zrobić sobie wielki kalendarz i skreślać dni... A tu rok szkolny się kończy i będzie w domu 24/24... ile okazji do zrobienia nowych szkód :( Niech mnie ktoś przytuli :/
skomentuj (4)

a było to... 2010-05-11 21:20:30
Mały człowieczek
Pojechałam po uzgodnienie do strażaka. W niemożliwie zapchanym durnostojkami pokoju na cały regulator grał telewizor a pies darł mordę. Przekrzykiwała go chwilami tylko pani domu, niezwykle emocjonalnie podchodząca do aktualnego odcinka mody na sukces. "Ty plajboju jeden! Ciebie to już dawno powinni wywieźć na Syberię! Siódmy raz się z nią żeni a ta głupia Bruk mu wierzy! A każde dziecko ma z inną!" A może z innym, nie dosłyszałam. Zaś pan strażak w tym hałasie studiował dokładnie projekt. Od jakichś pięćdziesięciu lat to robi, ale musiałam mu palcem pokazać gdzie ma podbić a gdy zażądałam rachunku lub faktury za usługę, wystawił umowę o dzieło i pół godziny ją kserował. No i po powrocie okazało się, że jednak nie podbił w każdym wymaganym miejscu, więc musiałam się do niego wybrać ponownie. Przed jego domem na chwilę zaparkował dostawczy samochód, do którego sąsiedzi musieli coś załadować. Naprawdę nie mógł stanąć przy ich posesji, bo stały tam trzy cudze autka. Pan strażak wyleciał z krzykiem że zastawili mu wyjazd a on za chwilę będzie wyjeżdżał samochodem (skądinąd wiedziałam że się nigdzie nie wybiera). Panowie z uśmiechem poprosili o pięć minut cierpliwości, ale nie dał się. Napuścił na nich to jazgoczące badziewie, a gdy ich mikre rozmiary hałaśliwego pieska nie zraziły, z domu wybiegła pani domu z aparatem fotograficznym i strzeliła im zdjęcie. Musiałam mu dwa razy wytłumaczyć gdzie jeszcze ma przystawić swoją piękną pieczątkę i złożyć autograf. Chociaż pokazałam palcem gdzie najlepiej będzie wyglądało (behapowcowi się nieco przesunął stempel i wbił się już na miejsce dla strażaka), on wybrał inaczej. Tym razem, pewnie dlatego, że ośmieliłam się uśmiechnąć do ładujących towar nosiłków, nie dostąpiłam zaszczytu wejścia do domostwa. Kiedy pan strażak przyniósł mi podstemplowany projekt i zdążyłam zawrócić samochodem, tamten dostawczak już załadowany odjeżdżał spod spornej bramy. Ale strażak nadal miał minę przypominającą mocno focha pewnego naszego tragicznie zmarłego polityka. Nie lubię małych ludzików z wielkimi kompleksami, no.
skomentuj (0)

a było to... 2010-04-30 22:28:34
Nie najgorzej
Coraz bardziej wnerwia mnie ta kuratorka. Przyłazi co miesiąc na dwie-trzy godziny, swoją wizytą zmusza mnie do sprzątania kiedy mi się akurat wcale nie chce, pieprzy od rzeczy o facetach, powtarza te same banały za każdym razem, jej porady są absolutnie nieprzydatne a jej zalecenia idiotyczne. Na przykład powiedziała ostatnio że na moim miejscu by brała antydepresanty tylko doraźnie w dniach najgorszego dołka. No genialnie po prostu. Od paru miesięcy przychodzi w czasie, gdy Ada jest w szkole, nie wiem kiedy ją ostatnio widziała? Równie dobrze mogłabym córkę zamordować i zakopać w ogródku, nie miałaby szans się o tym dowiedzieć. Myślałam, że przynajmniej w szkole się dowiaduje jak się dziecko sprawuje, ale skądże. Tam nawet na nią czekają a nie pokazała się ani razu. Najbardziej mnie wkurza, że opowiada mi o tym jak sobie radzą jej inne podopieczne. Oczywiście bez nazwisk, ale kiedyś zgubiła u mnie karteczkę z wynotowanymi na ten dzień wizytami. Nie mam wątpliwości że o mnie plotkuje podobnie. Rzekomo terapeutycznie, ale co mi właściwie po cudzych doświadczeniach? Jak chcę się dzielić poradami to się zapisuję do grupy wsparcia. I, dziwne, prawda? nie mam ochoty żeby ktoś przypadkowy wiedział o mnie że przez tibię narobiłam sobie długów a moja córka jest chora i zmienia szkołę po raz nie wiem który w swoim nie tak długim życiu. Tak samo zresztą nie mam ochoty wiedzieć, że jakaś tam sąsiadka była prostytutką i alkoholiczką, ma czworo dzieci, a każde z innym. No jakoś mnie to, kurde, nie interesuje. Czy można jakoś zakończyć ten nadzór kuratora, właściwie nie wiem nawet na jak długo on został wprowadzony...? 
Młoda się natomiast podobno socjalizuje! Ludzie w szkole ją zaczęli akceptować z dobrodziejstwem inwentarza, niektórzy nawet lubić, ostatnio nie było większych kłótni (tylko jedna z naczelną pielęgniarką, ale za to też ładnie przeprosiła a kiedyś by jej przez gardło nie przeszło!). Ona sama też chodzi do tej szkoły jakby chętniej, nie boi się już a dziś w ogóle było miło bo dostała nagrody za konkursy matematyczne:) Niektóre zadania z nich nawet sprawiły mi trudność ;) Jak ją o coś pytam to mówi prawdę (a przynajmniej nie złapałam jej na kłamstwie ostatnio), gdy czegoś chce to negocjuje a nie bierze, naprawdę widać poprawę. I widać że zaczęło jej zależeć na dobrym odbiorze otoczenia, bo kiedyś była już tak zniechęcona że było jej wszystko jedno. Kłótnie ze mną oczywiście są wciąż, ale to można od biedy podciągnąć pod głupi wiek ;P
Sporo mam ostatnio roboty, więc coraz większe szanse że KIEDYŚ wyjdę z długów na prostą. Jeszcze do tej chwili daleko, ale nadzieja się jakby pojawiła. A i chęci do pracy jakby więcej. Nie wiem czy to wiosna, czy te nowe leki tak działają...? Nie poprawiają nastroju jako takiego, często mam smutek od rana, zwłaszcza w brzydką pogodę, ale wygląda na to, że jakoś dodają energii do życia. W euforię nie zdarza mi się wpadać i spanie nadal lubię (co świadczy o tym że te leki to nie żadne dopalacze tylko regulatory:)) ale ogólnie chwilowo świat jako taki mi się dość podoba. 
Koleżanki ze studiów kazały mi się malować i w ogóle zmienić image. Malowaniu uległam (chociaż na okrągło przywołuję stary dowcip jak to Bóg stworzył ludzi i mężczyzną się zachwycił a o kobiecie stwierdził że ona to się będzie musiała malować) i co chwilę słyszę komplementy z tego powodu ;) Ciuchów ani butów zmieniać nie zamierzam, bo NAPRAWDĘ mam pilniejsze wydatki. Zresztą chyba nie o to chodzi żeby zmienić się w jakąś imitację tylko żeby wydobyć własny urok osobisty, nieprawdaż? Na bazie mojego zmienionego image postanowiły mi znaleźć faceta. Zażądały dostarczenia zbioru cech wymaganych i w przerwach łażą po uczelni szukając dopasowanych do tego zestawu mężczyzn. Na razie zaliczyły wpadkę, bo podałam jako pożądane długie włosy a one zainteresowały się chłopakiem w dredach. Nie cierpię dredów ;) Prawie tak samo jak łysiny ;) Chciałabym też widzieć jak sprawdzają jeden z nie tak widocznych na pierwszy rzut oka punktów... tak, chodzi o wielkość... intelektu oczywiście ;D Może podetkną potencjalnym ofiarom test Mensy? Muszę im podpowiedzieć że IQ to tylko niewielki składnik prawdziwej inteligencji :) Same studiowanie oczywiście idzie bezproblemowo, co nie znaczy że kompletnie bez wysiłku. Rozglądam się nawet za jakimś drugim fakultetem, żeby się nie zanudzić samymi instalacjami... 

skomentuj (2)

a było to... 2010-03-15 08:16:52
Wpadłam
w Lorenzowy nastrój "a co mnie to wszystko obchodzi". Jak mi minie to będzie następna notka.
skomentuj (4)

a było to... 2010-02-21 03:51:15
Inspirowane frondą
Na modnym ostatnio blogu (magdusia na frondzie) autorka postawiła parę pytań do ateistów. Nie mam zamiaru komentować na tym portalu, bo ani nie uważam się za katolika żeby pisać na frondzie, ani nie chcę z nikim walczyć, ani autorki nie szanuję i nie chcę się wypowiadać na "jej" terenie. Zatem odpowiem tu, u siebie. Dla siebie samej. 

A czy uważam się za ateistę? Oczywiście. Ateizm to przekonanie że nie ma bóstw. Nie jestem antyteistą, nie jestem antyklerykałem, w ogóle staram się nie być anty. Nie zamierzam uznawać jakiejkolwiek istoty wyższej rządzącej światem lub wszechwiedzącej. Wg terminologii religijnej - grzeszę pychą. 

Ostatnio jednak zaczęła mnie mierzić płytkość mojego życia, brak przemyśleń i idei. Stąd potrzeba ustalenia na czym właściwie stoję, odpowiedzenia sobie na różne pytania, a zaczęłam od tych bo mnie jakoś tam sprowokowały. 

1. Jak to jest, że ateiści bardziej kochają zwierzęta od dzieci? 

Nie kocham ani zwierząt ani dzieci. Szczerze mówiąc wielu z nich nawet nie lubię. Żal mi ich, więc nie chcę aby cierpiały. To dlatego jestem wegetarianką, nie z przyczyn zdrowotnych lub religijnych. Po prostu nie chcę aby z mojego powodu (dla mojego posiłku) jakieś zwierzę zostało zabite. Tak samo nie chcę aby dla mojej wygody jakieś dziecko/płód/embrion zostało zabite. Uważam że człowiek powinien żyć od poczęcia do naturalnej śmierci bądź do momentu gdy z jakichś przyczyn uzna za słuszne samodzielnie rozstać się z życiem. Gdy jakieś zwierzę lub człowiek mi osobiście dokucza lub zagraża, to uważam że słusznie będzie je unieszkodliwić (np. komara lub mola nie waham się zabić, chociaż wolałabym go "zniechęcić" do przeszkadzania mi). Jestem przeciwna karze śmierci, bo uważam że jest ona odbieraniem człowiekowi szansy na poprawę. Jestem przeciwna aborcji bo uważam że jest ona odbieraniem małemu niedojrzałemu człowiekowi szansy na stanie się dobrym, wartościowym dorosłym człowiekiem. Nie chciałabym musieć decydować o życiu czy śmierci nikogo, dlatego nie jestem i nie będę sędzią, lekarzem, katem, żołnierzem, policjantem itd... 

2. Dlaczego ateista żyje w Polsce poprzez obsesyjne zaprzeczenie Katolicyzmu, a nie spokojnie, siłą własnej indywidualności. 

Nie jem mięsa więc oczywiście nie będę tego robić ostentacyjnie w piątek ani w żaden inny dzień. Nie protestuję przeciwko wieszaniu symboli religijnych (dowolnych) nad drzwiami, obok nich czy gdziekolwiek. Dopóki nikt mi nie każe się do nich modlić, to niech sobie wiszą. I dopóki nie muszę ich mieć we własnym domu. Nie uważam że Kościół (czy ktokolwiek inny utrzymujący się z dobrowolnych datków) powinien się rozliczać z otrzymanych pieniędzy lub przeznaczać je na cele charytatywne. Skoro ludzie są na tyle dobrzy/naiwni/głupi, że dają na tacę, to co ksiądz zrobi z tą tacą jest jego sprawą. Jeśli ludzie mają radochę z tego że kupią sobie "cegiełkę" w postaci marmurowej płyty z nazwiskiem w Licheniu - gdzie mi do ich wyborów. Nie urządzam głośnych imprez podczas postu, nie wchodzę niestosownie ubrana do miejsc kultu religijnego, nie krytykuję ludzi z powodu ich wiary. Zdecydowanie nie żyję "poprzez obsesyjne zaprzeczenie katolicyzmu". 

3. Dlaczego ateista tak bardzo nalega i propaguje rozwiązłość seksualną, afiszując się z nią niemiłosiernie. 

Uważam że seks jest sprawą między dwojgiem osób (tak, znam powiedzenie bodajże W. Allena o siedemnastu osobach. Jest zabawne przez zaskakującą pointę, a poza tym żałosne) i powinien między tymi dwojgiem pozostać. Dotyczy to zarówno długotrwałych związków jak i przygód jednorazowych. Nie epatuję swoim życiem seksualnym ani w necie ani w tzw. realu.
Jeśli chodzi o antykoncepcję to bardzo chętnie bym się dała wysterylizować, niestety jest to w naszym kraju nielegalne i kłopotliwe. Używam więc środków antykoncepcyjnych a że nie chcę stosować poronnych to pozostają takie które mają niekoniecznie stuprocentową skuteczność. Uważam że legalizacja sterylizacji byłaby dużo sensowniejsza niż przepychanki wokół ustawy antyaborcyjnej. 

Wiem że każdy uważa się za niezwykłego i jedynego w swoim rodzaju, ale mam wrażenie że mój światopogląd nie przystaje do żadnych ram ;>

skomentuj (7)

a było to... 2010-02-11 21:08:20
Sprawy i sprawki
Rozprawa o demoralizację została umorzona. Pani sędzia (zresztą ta sama, która sądziła mnie jako niedobrą uzależnioną mamusię) przepytała dziecko co się działo w poprzedniej szkole (Ada zeznała że miała konflikt z nauczycielem), spytała jak się czuje w obecnej (dobrze) i czy chodzi (tak) oraz czy dokonuje samookaleczeń (tylko u dentysty przygryzła sobie znieczuloną wargę przez przypadek). Potem przepytała mnie, na co dziecko choruje (najpierw diagnoza brzmiała ADHD a teraz ZA) czy są kłopoty (z obowiązkami) i czy ma problemy z nauką (żadnych). Poinformowała następnie że umarza, tylko przestrzegła dziecko żeby unikało czynów zabronionych takich jak kradzieże i pobicia, bo inaczej sąd będzie musiał wznowić postępowanie. No i koniec a młoda miała wolny dzień za darmochę.
Licznik pączków wynosi po 6 dla mnie i dla Ady. Razem zniszczyłyśmy więc 12. Na każdy miesiąc nowego roku jeden ;>
Na studiach został mi do zdania egzamin z fizyki - pojutrze. Oby poszedł tak samo dobrze jak wszystko poprzednie;)
A dla utrwalenia dobrego nastroju kupiłam sobie to. Wspomnienie i marzenie z dzieciństwa. Od paru lat szukałam wszędzie piórnika który by przynajmniej te cuda przypominał, bo w tych współczesnych zapinanych na zamek błyskawiczny każdy przyzwoity Plastuś zostałby sprasowany na placuszek. Odgrażałam się że jeśli taki dostanę to kupię od razu dwa - dla siebie i dla córki. Córka jednakowoż zeznała że go nie chce, dla niej nie ma on wartości sentymentalnej i widzi w nim całą prawdę - że jest ble i kicz. Trudno, będzie na prezent dla podobnej mi wiekowej staruszeczki ;)
skomentuj (2)

a było to... 2010-01-21 15:37:16
Urodzinotka
No kurcze, nie wiem co napisać. Mam pustkę w głowie a nie chcę aby ciągle stało na tej nieszczęsnej orkiestrze. To może najpierw przegląd aktualności:
Ada ma w lutym przesłuchanie mające ustalić czy jest zdemoralizowana. Kuratorka nie wie o co chodzi, wnioskuję więc że to nic świeżego tylko już zdążyliśmy wszyscy zapomnieć przez pół roku. Mgliście przypominam sobie jakieś spotkanie z kuratorkami, po tym jak szkoła coś zgłosiła... nieważne, dowiemy się w lutym.
Sama kuratorka mnie wpieniła koszmarnie w poniedziałek, twierdząc że mam okropny burdel a właśnie przed jej przyjściem lekko ogarnęłam i byłam całkiem zadowolona z rezultatu, nie zdążyłam tylko zamieść podłogi i kurz pod kaloryferami ją zabolał. W ramach protestu przed jej następną wizytą chyba zrobię prawdziwy sajgon i niech się w tym odnajdzie. Akurat miałam zły dzień (może "blue monday" tak na mnie podziałał, chociaż sama nie chodzę do pracy ale czasem mam wrażenie że wyłapuję telepatycznie ogólny nastrój świata) i nie chciało mi się udawać że mam lepszy, wobec czego poszła w przekonaniu że jestem w ciężkiej depresji i w ciągu tygodnia sobie w łeb strzelę. I na zdrowie jej. 
Przewaliłam kolokwium z kreski, w niedzielę poprawka a ja nadal nie umiem i nie rozumiem. Pozostałe przedmioty wprawdzie wymagają ode mnie więcej czasu i wysiłku niż mi zostało ale nadzieja matką głupich i może uda mi się wszystko pogodzić. Tak, od rana próbuję się zabrać do nauki ale... ;)
Skończyłam wczoraj bardzo ładne 35 lat, nie pamiętam czy żyjemy w cyklach siedmio czy dziewięcioletnich i w związku z tym czy właśnie skończyłam piąty czy też za rok skończę czwarty. Nie spędza mi to snu z powiek, ani nie chce mi się guglać, ale jeśli ktoś ma ochotę się podzielić wiedzą to zapraszam w komentarzach ;) 
Mam oczywiście doła urodzinowego z powodu - taka stara a jeszcze niczego nie dokonałam. Chciałabym za rok móc powiedzieć - taka młoda a już tyyyyle dokonałam. Niespecjalnie jednak wiem jak się za to zabrać.
Oczywiście dziękuję bardzo za dobre życzenia i prezenty i ogólnie wyrazy sympatii jakie mnie z tej bolesnej okazji spotkały:)

skomentuj (2)

a było to... 2010-01-06 11:31:32
WOŚP
Kiedy orkiestra zaczynała grać, oglądałam co tydzień kolejny odcinek programu "Róbta co chceta" i nawet mnie wtedy specjalnie nie denerwowała koszmarna Agata Młynarska. Zespołu Roan, który zagrał pierwszy koncert orkiestrowy, specjalnie nie lubiłam, zwłaszcza że moja kuzynka miała potem z wokalistą lekcje j.polskiego i nie była zachwycona ;) Ale w programie pokazywali urywki rockowych kawałków i to było bardzo dobre. 
Nie mam absolutnie nic przeciwko temu, że fundacja organizuje Przystanek Woodstock, to jej sposób na wydanie pieniędzy przeznaczonych na cele statutowe, nie ukrywa tego. Jeśli moja córka zechce tam pojechać - no może jeszcze nie w tym roku, ale np. za dwa lata? to ją pewnie puszczę. Sama nie jeżdżę bo muzycznie bliżej mi do klimatów festiwalu w Jarocinie no i jakoś nigdy nie mam w odpowiednim czasie pieniędzy albo urlopu. 
Jak kogoś bawi "szoł" odprawiany na corocznych finałach, to dajże mu Panie zdrowie, dzięki niemu zapewne zbierane jest kilkadziesiąt razy więcej, niż gdyby telewizja nie celebrowała tego wydarzenia. Mnie nie bawi, więc nie włączam tego dnia Dwójki.
Sama orkiestra jeśli ufundowała chociaż jedną sztukę sprzętu ratujacego życie i zdrowie, to ją popieram w myśl zasady "po owocach ich poznacie". Bardzo się cieszę że moje dziecko jest zdrowe fizycznie i nigdy nie potrzebowało z takiego sprzętu korzystać.
Nad faktem że wolontariusze czasami kradną puszki lub ich zawartość przechodzę do porządku dziennego, to nieuniknione. Nie pochwalam, ale nie zaskakuje mnie to specjalnie. 
Co mi zatem nie odpowiada? Atmosfera moralnego przymusu "wrzuć grosik orkiestrze bo inaczej będziesz niedobry i nie lubisz dzieci". No ja istotnie jestem niedobra i ani trochę nie lubię dzieci, ale to nie znaczy że chcę by wszyscy o tym wiedzieli ;) A tymczasem w niedzielę Finału zwykle rezygnuję z wyjścia na spacer, bo wiem że mnie napadną wolontariusze i dopóki nie przykleję sobie niegustownego serduszka na czole, będą tak zagadywać i zawracać głowę. A jako rasowa socjopatka nie mam ochoty być zagadywana przez żebraków. A ci się wcisną wszędzie, spotykałam ich nawet na nieuczęszczanych zwykle leśnych ścieżkach. Niektórzy posuwają się nawet do dzwonienia do mieszkań, żałosne. 
No i druga sprawa. Czy to państwo naprawdę musi mieć tak beznadziejną sytuację żeby była potrzebna jakaś orkiestra dla przeprowadzenia najkonieczniejszych dla życia operacji? Jeśli Jurek chciał zawstydzić polską służbę zdrowia to mu się, niestety, nie udało. Owszem, medycyna chętnie się nim podpiera i wykorzystuje darowany przez WOŚP sprzęt. Po co przeznaczać środki na nowe wyposażenie skoro i tak zakupi je Orkiestra? 

skomentuj (0)

a było to... 2009-12-29 16:57:40
Córodziny
14 lat temu zimy właściwie nie było, poza właśnie tym dniem (zdaje się że 28.12) gdy się na lodzie wywracałam brnąc do szpitala. Najpierw nas wysłali do najbliższego - na Pomorzanach, gdzie mi jednak nie chcieli zrobić nawet usg, bo nie mój rejon. Odesłali nas na drugi koniec miasta, do przecudnej urody szpitala Zdroje, który mieści się w kilku równoległych barakach i w dodatku właśnie miał remont więc porodówka (parter) musiała się zmieścić na patologii ciąży (piętro). Odwiedziny zabronione. Kontakt tylko przez telefon w hallu. Szpital na Pomorzanach miał całkiem niezłe notowania w trwającej właśnie akcji "rodzić po ludzku". Szpital Zdroje natomiast z trudem utrzymywał się na którymś z ostatnich miejsc.
Położyli mnie na łóżku i kazali co pewien czas poddawać się ohydnemu badaniu KTG. Nie cierpiałam tego, leżeć bez ruchu i czekać. Nie umiałam rozpoznać ruchów dziecka, czy to moje serce bije czy jego, czy to coś mi się przelewa w brzuchu czy młode się rusza. Lekarz stwierdził że wg jego oceny najbliższa pełnia mnie rozwiąże. Termin miałam na 23.12 a młodej się jak widać nie spieszyło, wolała zostać styczniowym dzieckiem jak mamusia. Niestety, nie pozwolili jej na to. Rankiem 29 grudnia zrobili w końcu USG (pierwsze w całej ciąży - studencka przychodnia nie wywalała pieniędzy na takie zbędne dyrdymały) i stwierdzili że pępowina okręcona wokół szyi. W niczym to dziecku nie przeszkadzało, wszystko wyglądało na prawidłowe, a jednak lekarz zdecydował o prowokacji porodu. Stes poprzedniego dnia obiecał że przyjdzie rano... nie przyszedł. Dotarł dopiero sporo po południu, gdy już tabletki działały od kilku godzin a ja byłam absolutnie wymęczona i nieszczęśliwa. Nie mieliśmy oczywiście kasy na poród rodzinny, w ogóle nie mieliśmy kasy na nic. Chociaż, rzecz jasna, na piwo z okazji urodzenia córki jakoś mojemu mężowi wystarczyło. Na taksówkę aby nas potem zabrać ze szpitala - już nie. Cholera, może jak to w końcu napiszę to mi trauma odpuści i przestanę się na dziecku mścić za to że jego tatuś się nie sprawdził w swojej roli. W każdym razie przybył po południu, na chwilę do niego zeszłam do śmierdzącego hallu poczekalni - pospacerować, ale że bóle były coraz gorsze a postępu żadnego zaś ja bardzo głupio a dzielnie nie chciałam okazać ani bólu ani żalu że nie dotrzymał słowa - kazałam mu iść i wrócilam na łóżko. Szczegółów niektórych oczywiście oszczędzę, choć były chwile gdy błagałam aby mnie uśpili i zrobili cesarkę żeby mieć to już wreszcie za sobą. Jednak w końcu się udało, młoda przyszła na świat sposobem naturalnym, choć nie wiem czy powinno się takiego określenia używać skoro poród był prowokowany oksytocyną. Podobno przy prowokowanym bóle są większe niż naturalnie. Koleżanki aby mnie przygotować mówiły że to tak jak bóle miesiączkowe tylko silniejsze. Otóż nigdy przed zajściem w ciążę nie miałam bólów miesiączkowych. Całą ciążę przebyłam kompletnie bez dolegliwości, nawet mi się ani razu nie chciało wymiotować. Przyznam że to był szok. I to tyle godzin. Nigdy więcej nie chcę tego przechodzić. Ada zostanie jedynaczką, w każdym razie z mojej strony. Urodziła się o dziewiętnastej, potem się śmiałam że bardzo chciała dobranockę obejrzeć, ale jej nie dali. Zabrali ją na trochę na salę ogólną, ale nie chciała spać, więc mi ją przynieśli - niby do do karmienia. W tym celu pielęgniarka pomogła mi odrobinę się podnieść na łóżku... no i młoda zasnęła mi w ramionach natychmiast zaś ja nie mogłam zasnąć z powodu bardzo niewygodnej pozycji. Przez następne parę godzin pół siedziałam pół leżałam śpiąca, zmęczona, rozżalona i wściekła na cały świat. Noc była więc głupio mi było kogoś prosić o opuszczenie łóżka czy może poduszek, a zbyt słaba byłam by sama to zrobić. Nie wizytowali naszej sali zbyt często. Nie było oczywiście żadnych dzwonków by kogokolwiek wezwać a sąsiadki i ich dzieci spały. W końcu nad ranem zabrali mi młodą, opuścili łóżko i mogłam na trochę zasnąć... aż do budzenia, rzecz jasna. Nikt nie pomagał wstać ani dojść pod prysznic, każda ze świeżych mam szła trzymając się ścian, żeby się nie przewrócić. W łazience kochające mamuśki oddawały się cichcem nałogowi, więc albo było lodowato od otwartego okna albo śmierdziało dymem. Albo jedno i drugie jednocześnie. Naturalnie młoda słodko śpiąca póki byłam przy niej, budziła się natychmiast gdy wychodziłam pod prysznic i słyszałam z łazienki jak płacze. Mąż nie mógł nas odwiedzić, tylko pielęgniarka przyszła młodą zabrać i pokazać mu przez szybę. Sylwestra spędziłam zasłaniając jej uszy żeby się nie przebudziła od wybuchów. Na Nowy Rok nas wypisali, Stes przywiózł mi przygotowaną wcześniej torbę z wyprawką, ochrzanił mnie że zapomniałam tam włożyć czapeczki, (sam jednak nie wpadł na to żeby sprawdzić) zawinęliśmy młodej głowę pieluszką a na to kaptur od becika, pożyczył od męża mojej sąsiadki z łóżka co też wychodziła z synem właśnie 20 zł na taksówkę (mam nadzieję że im następnego dnia oddał tak jak mówił) i przyjechaliśmy do pokoju w akademiku zwanym słusznie slumsami... Dziecku nadaliśmy ustalone wcześniej imię Adrianna, a ponieważ nie ma takiej świętej a babcia nalegała na chrzest, na drugie kazałam jej wybrać jakieś święte na R, wybrała Różę. Młoda później sobie te imiona zbiła w jedno i teraz czasem (np. na fejsbuku) przedstawia się jako Różanna. Też ładnie. No więc dziś kończy 14 lat... nie powiem że zleciało, bo tak naprawdę to ciągnęło się i ciągnie nadal. Ale jakoś obie żyjemy, prawda? 

skomentuj (2)

a było to... 2009-12-25 18:40:11
Porządki
Posprzątałam sobie w linkach, tzn. założyłam kategorię NieToNie dla tych które kiedyś czytałam ale się zamknęły i nie mam do nich dostępu. No a niektóre się pozamykały (ale mam dostęp) a inne pootwierały to je poprzesuwałam gdzie trzeba. No i podorzucałam te co przez miesiące całe do nich zaglądałam tylko po linkach z innych bo mi się nie chciało u siebie zalinkować. 
Grudzień oczywiście nastąpił po listopadzie, ale w kwestii humoru się wiele nie zmieniło. Czyli ciągle żyję z dnia na dzień, wykonując fuszki, ściboląc grosiki które na nic nie starczają, unikając kolejnych wezwań do zapłaty, wstając rano tylko po to żeby obudzić dziecko (a potem z powrotem w bety) a mobilizuję się tylko w studiowe weekendy. Zytek płacze że nie umie jeździć taki pokiereszowany, a to mu zamek zamarznie i drzwi nie dają się otworzyć bądź zamknąć, a to ściek w chłodnicy (bo płynem ani wodą tego nazwać nie można) zamarznie i jednocześnie się zagotuje, a to koło grozi urwaniem jeśli nie wymienię sworznia od wahacza (fajna nazwa). Ada mnie codziennie wyprowadza z równowagi nie wstając rano mimo że ja się z poświęceniem zwlekam z łóżka i ją budzę. Tata Ady robi bezmyślne numery, np. wysyłając do niej kartkę z własnych wakacji (z Argentyny) podczas gdy na jej wakacje nie ruszył palcem by jej cokolwiek zorganizować i od dwóch lat nie raczył się zgodzić na paszport. Dla mnie to wygląda jakby chciał jej złośliwie dokopać, ale może jestem jedyną, która to tak odbiera. 
Na święta oraz nadchodzący rok życzę wszystkim którzy tu zbłądzą tego samego co sobie, czyli nieco radości życia... Najkrótszy dzień w roku minął, teraz może być już tylko lepiej i byle do wiosny:)

skomentuj (1)

a było to... 2009-11-11 23:51:59
Listopad...
miesiącem bolesnych rocznic. Czułabym się nieswojo gdybym nie miała doła. Doszłam dziś do wniosku że cała ta sprawa z jesienną deprechą oraz myślami samobójczymi jest nakręcana przez grabarzy, żeby się wszyscy potencjalni zdążyli pozabijać nim ziemia zamarznie i będzie trudno kopać. Każdy ma takie teorie spiskowe na jakie go stać.
Często widzę komentarz pod zdjęciem albo artykułem o kimś niepełnosprawnym co np. pięknie maluje ustami czy stopą, jak to kogoś motywuje i krzepi. Że niby się gość nie załamuje tylko robi takie superrzeczy. Ale przecież... taki ktoś nie ma w zasadzie nic innego do roboty. Nie musi pracować żeby się utrzymać, zmywać naczyń ani przewinąć dziecka. Tak wiem, każdy z nich zapewne wolałby musieć robić to wszystko i w zamian mieć sprawne ciało i umysł oraz ogrom możliwości. Ale fakt jest taki że nie musi i może sobie do upojenia ćwiczyć te usta lub stopę i malować swoje przecudnej urody dzieła. A mnie takie historie nie motywują ani odrobinę, i od byle czego wpadam w doły, lipa nie? I jeszcze mnie dodatkowo nieliczni czytelnicy zlinczują za takie poglądy. Tylko się <wstaw swoją ulubioną metodę>.
skomentuj (6)

adopt your own virtual pet!
NieToNie
Małgośka i pory roku Ostatnio pusto więc prawie jak zamknięty
Aldrade zamknęła bloga Pewnie nadal żyje sobie :)
Matka od Anioła opiekowanie się Milczącym Aniołem jest trudne i piękne...
Mama + ale pusto tam Z podziwem i sympatią patrzę jak sobie radzą rodziny wielodzietne
Druga Mama - kiedyś czytałam Dzięki temu blogowi uznałam, że idea bloga jest godna i sprawiedliwa, słuszna i zbawienna. Ale hasło

Zakluczone
Oni mój - zamknięty
Odentka Jej życie
Lumpiata Jabłko od pewnej Jabłoni z Odkluczonych
Gargulce Lorenza

Odkluczone
Obyczajówka Pru energetycznie
Ruda moby-dick
Tuvv Zachodni wiatr
Justm a noc...
Perdo przeznaczenie
Zastępczość kompensacja
Ds :)
Kwoka na Dolinie :)
Odwodnik notatki na marginesie
Nielot Dodo
Bez odwrotu Stardust
Pidżama Party Cotowy Dzieć. Do tej pory tajnym wejściem ze sklepu z towarami a teraz bezpośrednio
Agnieszek Blogstudnia. Lubię a zapomniałam wcześniej dodać
Magdzioł z rodzinką znajomość z pręgowanych czasów
Zapiski Teściowej No fajowe, co tu dużo gadać :) Dobrze że wróciła
Chuda Nie wiadomo kiedy z jednodzietnej rodziny stała się dwu:) Lubię
Babcia Małgosia Mądre, dowcipne i staranne... tak tego brakuje w tym moim zabałaganionym życiu
Nikolka Nałogowo sprawdzam co słychać u Karo z mężem, Nikolki i Adasia
Towary mieszane Najpierw z sentymentu za dawną Filipinką a potem już tak zostało :)
Aerjotka Ada - moja córka. Inteligentna, buntownicza, i trochę zagubiona...